December is here

Grudzień – miesiąc oczekiwań i pośpiechu. Do świąt zostało kilka dni, a ja chyba po raz pierwszy od wielu lat odczuwam względny spokój. I mam wrażenie, że pozbywając się tego balastu związanego z planowaniem, zakupami i bieganiną pomiędzy sklepami odzyskuję istotę świąt. Bo w świętach chyba nie chodzi o to, jak dużo jedzenia kupimy, ile potraw przygotujemy, jak ładnie przystroimy mieszkanie, wcześniej padając przy sprzątaniu, i w co się ubierzemy.

Xmas Flatlay with Gingerbread Molds and Lights

Tu przychodzi mi na myśl postać Grincha, który próbował zniszczyć święta kradnąc Ktosiom wszystkie choinki i prezenty, nawet jedzenie. Jego chytry plan jednak nie wypalił, a w Who-ville rozległ się radosny śpiew wszystkich mieszkańców. I wtedy Grinch pomyślał o czymś, o czym wcześniej nie myślał:

"Maybe Christmas doesn't come from a store. Maybe Christmas … perhaps … means a little bit more!”

Nauczyłam się w grudniu zwalniać. Nie planuję. Nie oczekuję. Nie narzucam sobie niczego. Spaceruję, czytam, robię zdjęcia, otaczam się małymi plamkami światła ze świec, które rozpraszają zimowy mrok. Nie walczę z nim, tylko troszkę go rozświetlam, bo w tym mroku jest spokój i cisza, które dają wytchnienie umysłowi.

Nie sięgam też w tym czasie po nowe książki. Wracam do znanych mi pozycji, które przypominają o tym, co najważniejsze. To „Zgubiona dusza” Olgi Tokarczuk i Joanny Concejo, „How the Grinch Stole Christmas” Dr. Seussa czy „Mały książę”. Taki spokój i uważność bardzo mi odpowiadają, bo nie chcę się już gubić w świecie pędzącym jak karuzela. Ani z nim ścigać, bo to wyścig z góry ustawiony. Grudzień – miesiąc wytchnienia. Taki jest mój grudzień.

Perfectly Imperfect

The Ginger Study in Sepia Photography

W świecie dążącym do perfekcji to, co niedoskonałe jest niedoceniane, a wręcz odrzucane. Począwszy od pięknego, równiutkiego trawnika, poprzez rzeczy, które wymieniamy niemal kompulsywnie gnając za coraz nowszymi stylami, na człowieku kończąc – dążymy do ideału. Skupiając się na tym, czego świat od nas oczekuje, tracimy z oczu nasze własne potrzeby. Na zewnątrz wszystko jest idealne – piękne wnętrza wprost z Instagrama, Boże Narodzenie wg najnowszej mody i w kolorach, które aktualnie obowiązują. Nawet zajęcia jogi wykupione, bo influencerki właśnie ustaliły, że jest „trendy”. Oczywiście fikuśny strój też trzeba kupić, bo przecież tego się od nas oczekuje.

A gdyby jednak spróbować żyć po swojemu? Prościej, uważniej, a naszą uwagę kierować na to, co istotne. I nie oczekiwać permanentnej doskonałości, bo życie takie nie jest. Zachwycać się nim, mimo iż doskonałe nie jest. Składa się ze szczęścia i smutku, ale oba te stany nie mogą trwać wiecznie – ani wieczna ekscytacja, ani wieczne zmartwienie. Może właśnie odpowiedzią jest to, co napisał V.S. Pritchett: „Sekretem szczęścia jest znalezienie odpowiedniej monotonii.” A skoro samo życie nie jest doskonałe, to może pozwólmy sobie, aby to, co nas otacza i my sami, niekoniecznie takie musiało być. Może to w niedoskonałości jest piękno i radość.

z oka wypływa łza
i łączy się na ustach
z uśmiechem

Tadeusz Różewicz

’tis the Season

Wraz z listopadem rozpoczyna się okres, którego nie lubię. Wszystko wokół jest szare, ciemność okrywa każdy poranek, a noc wydaje się trwać wiecznie. Wyjątkiem w tym długim i smutnym okresie, który dla mnie ma swój kres dopiero z początkiem kwietnia, jest grudzień. Lubię ten czas przygotowań do świąt. Spędzam go głównie w domu robiąc papierowe gwiazdy, rozświetlając dom światełkami i świecami, i oczywiście piekąc pierniczki. Zapach korzennych przypraw, suszonych pomarańczy i tańczące płomienie świec wprowadzają nieco przyjemności w te dni bez słońca, które znika czasami na tak długo, że zaczynam wątpić, czy jeszcze kiedykolwiek jego promienie przebiją się przez ciężkie powłoki chmur. Spacery już nie są przyjemnością, a raczej obowiązkiem. Choć często wracam z nich ze zdobyczami, które od kilku lat zastępują mi kupne ozdoby. Cudowny żywiczny aromat trafia do domu wraz z szyszkami, gałązkami świerków i sosen.

Vintage Xmas Balls

 


The period I’m not too fond of starts in November. Everything around is grey, darkness covers every morning and the night seems to last forever. The exception in this long and sad period, which for me ends only at the beginning of April, is December. I like this time of preparation for Christmas. I spend it mostly at home making paper stars, lighting up the house with lights and candles, and baking gingerbread cookies. The smell of spices, dried oranges and dancing candle flames brings a little pleasure in those days without the sun, which sometimes disappears for so long that I begin to doubt if its rays will ever break through the heavy layers of clouds again. Walks are no longer a pleasure, but rather a duty. Although I often come back with trophies that have been replacing bought ornaments for me for several years. A wonderful resinous aroma finds its way home along with cones, twigs of spruces and pines.

Smutna wiosna

„The beauty of the natural world lies in the details.” – Natalie Angier

Dziwne są te wiosny od kilku lat. W 2020 praktycznie jej nie widziałam, bo zaserwowano nam twardy lockdown i zakaz wychodzenia z domu, nawet do lasu. W zeszłym roku było już nieco luźniej i mogłoby się wydawać, że wszystko wraca do normy, gdyby nie setki zgonów każdego dnia, które przynajmniej mi, nie pozwalały się w pełni cieszyć jej nadejściem. Epidemię dało się jakoś ogarnąć umysłem i przyjąć do wiadomości, że coś takiego się zdarza, a my mieliśmy po prostu potwornego pecha, że trafiło właśnie na nas po tylu latach od ostatniej pandemii. Ale ten rok po prostu rozwala mój system. Wojna. W sumie na świecie zawsze gdzieś trwa jakaś wojna, ale wojna tu w Europie, tak blisko, w Ukrainie jest dla mnie jakimś szaleństwem. Nie potrafię tego z żaden sposób wytłumaczyć, zrozumieć ani pogodzić się z tym. Bezsilność i wściekłość – te dwa uczucia towarzyszą mi każdego dnia. Staram się cieszyć tą wiosną, ale i tak wiem, że tragedia, który toczy się obok nas nie pozwoli mi zachować jej w pamięci. Pozostanie jedynie wspomnienie wszechogarniającej bezsilności i gniewu.

 


Sad Spring

The Springs have been strange for several years. In 2020, I practically did not see her, because we were served a hard lockdown and a ban on leaving the house, even to the forest. It was a bit better last year, and it might have seemed that everything was back to normal but the hundreds of deaths every day did not allow me to fully enjoy it. The epidemic could somehow be accepted and explained that something like this was happening, and we were just terribly unlucky that it happened to us so many years after the last pandemic. But this year just crashes my system. War. Actually, there is always a war going on somewhere in the world, but a war here in Europe, so close, in Ukraine, is kind of madness for me. I can’t explain it in any way, understand it, or accept it. Helplessness and rage – these two feelings accompany me every day. I try to enjoy this spring, but I know that the tragedy that unfolds next to us will not let me remember it. Only the memory of overwhelming powerlessness and anger will remain.

Malarskie portrety dziecięce

Weronika

Moja przygoda z fotografią portretową chyba zaczęła się na dobre. W przeszłości podejmowałam próby zmierzenia się z tym niełatwym tematem, ale dopiero warsztaty z fantastyczną Gosią Jurasz sprawiły, że zaiskrzyło i tak jak dotąd moja pasja była nierozerwalnie związana z kwiatami, tak teraz nie wyobrażam sobie, żeby na tej drodze zabrakło dziecięcych portretów.

Tego roku chyba wszyscy nie możemy zaliczyć do najlepszych. Wiele naszych aktywności musiało zostać odłożonych. Tym bardziej się cieszę, że w tym tak trudnym okresie znalazłam w sobie siłę, by szukać nowych dróg. Ten czas spowolnienia dał mi bardzo dużo. Godziny spędzone przed komputerem z moim ulubionym narzędziem do obróbki czyli Photoshopem i szlifowania umiejętności to czas naprawdę dobrze spędzony, który w tej chwili owocuje. I choć zawsze jest coś nowego do odkrycia i nauczenia się, to wiem, że wszystko jest możliwe, gdy się kocha to, co się robi.

A skoro wkraczamy w okres świąteczny, to mój post również niech ozdobi świąteczne zdjęcie prześlicznej modelki, Weroniki.

 

 

 

 


Lockdown

Tulips On Black

Ostatnie miesiące nie należą do najlepszych w moim życiu. Koniec lata przyniósł pogorszenie się stanu zdrowia naszego psa – staruszka. Walczyliśmy i robiliśmy wraz z weterynarzem co mogliśmy, aby przedłużyć mu życie w jak najlepszej kondycji, ale nie udało się. 7 października Drago odszedł – nasz najwierniejszy i najwspanialszy przyjaciel, a ja chyba do dziś nie otrząsnęłam się po tej stracie. Jesień i zima były bardzo ciężkie, i wyczekiwałam wiosny jak zbawienia. Liczyłam, że w końcu będę mogła częściej wychodzić z pustego i tak cichego bez niego domu. Ale natura miała inne plany i wszyscy znaleźliśmy się w świecie, który nagle stał się dla nas nieprzyjazny. I tak samo nagle wszystkie moje plany związane z wiosną runęły. Miałam jechać w Tatry w czasie kwitnienia krokusów, miałam odwiedzić Ogród Botaniczny w Łodzi i jak co roku podziwiać kwitnące magnolie w Powsinie. Plany były piękne, a tymczasem nawet kupienie tulipanów okazało się wyzwaniem. Smutna ta wiosna, choć natura bez tak dużej aktywności ludzi chyba odetchnęła.

Staram się wykorzystywać ten czas na naukę, oglądam mnóstwo tutoriali i bawię się obróbką. Ale trwa to już tak długo, że z każdym dniem chyba coraz mniej mam frajdy nawet z nowych rzeczy, które odkrywam w Photoshopie. Mam wrażenie, że obejrzałam już wszystkie filmy i wszystkie seriale, i przeczytałam wszystkie książki. Coraz ciężej jest zapełnić sobie czas w czterech ścianach i jak na złość tego wolnego czasu przybywa.

 
 
 

Queen Anne’s Lace

Queen Anne's Lace

Niektóre rośliny są wprost idealne. Taka jest właśnie dzika marchew. Wielka szkoda, że w języku polskim nie mamy równie przepięknej nazwy, jak w języku angielskim.

Od lat jestem nią zafascynowana i właściwie każdego roku trafia przed obiektyw. W tym roku chodziłam na łąki, zbierałam kwiaty i przynosiłam je do domu. Upał i komary skutecznie uniemożliwiały robienie zdjęć w terenie. Pomimo suszy i wysokiej temperatury dzika marchew radziła sobie świetnie. Jej białe baldachimy pięknie się prezentowały na łąkach i w przydrożnych rowach, wypełniając je bielą. 

 

 

 

 

 

 


Some plants are simply perfect. This is how wild carrot is. It is a pity that it isn’t named so beautifully in Polish like in English. 

I’ve been fascinated by queen anne’s lace for years and actually every year I take the photos of this plant. This year I had to go to the meadows, picked flowers and brought them home. The heat and mosquitoes effectively prevented from taking pictures in the field. Despite the drought and high temperature, wild carrot coped well. Her white canopies were beautifully presented in the meadows and roadside ditches, filling them with white.

 

Wiosna

Leaves

Wiosna jest dla mnie ekspolozją kolorów i zapachów. Najpierw powoli rozlewa się zieleń. Na jej tle pojawiają się plamy bieli i różu drzew owocowych. Nie muszą stroić się w krzykliwe barwy, bo ich intensywny zapach jest wystarczająco silny, by obwieścić wszystkim ich kwitnienie. Tulipanom towarzyszy erupcja kolorów, a zapachy stają się nagle mniej intensywne. Potem wszystko zabarwia się fioletem bzów, wisterii i irysów. Świat staje się monochromatyczny, a zapach, wręcz hipnotyzujący, znów bierze górę. Za chwilę ponownie wszystko utonie w bieli, tym razem akacji. Delektuję się i chłonę wszystkie te barwy i zapachy całą sobą. Staram się zapisać tę wiosnę w pamięci i na zdjęciach, najpiękniej jak potrafię. Tak, by było widać radość, jaka mi towarzyszy.

Tegoroczna wiosna jest wyjątkowo łaskawa dla mnie. Zdjęcia, które powstają, cieszą mnie wyjątkowo i co najważniejsze jestem z nich bardzo zadowolona. Nie wiem z czego to wynika, ale nawet irysy, które nigdy nie pozwalały mi uchwycić ich urody, tym razem prezentują się przepięknie. I może dlatego jest mi też wyjątkowo smutno, że po tulipanach nie ma już śladu i gdzieniegdzie tylko zachowały się brązowiejące bzy. Ale pojawiają się już kiście kwiatów akacji i nadzieja, że i one będą chciały podzielić się ze mną swoją urodą.

Spring Flowers

Spring

Spring is an explosion of colors and fragrances. First, green slowly spills. Against this background spots of white and pink fruit trees appears. They don’t have to dress up with flashy colors because their intense scent is strong enough to announce their flowering to everyone. Tulips are accompanied by an eruption of colors, and the smells suddenly become less intense. Then everything is colored with lilac, wisteria and irises. The world becomes monochrome, and the smell, even mesmerizing, again prevails. In a moment everything will drown again in white, this time acacia. I savor and absorb all these colors and smells. I try to save this spring in my memory and in photos, as beautifully as I can. So that you can see the joy that accompanies me.

This year’s spring is very kind to me. The photos make me extremely happy and most importantly I am very happy with them. I don’t know where it comes from, but even the irises that never let me capture their beauty look beautiful this time at the photos. And maybe that’s why I am also extremely sad that there is no trace of the tulips any more and only browning lilacs have survived here and there. But bunches of acacia flowers are already appearing and hope that they will want to share their beauty with me, too.

Czas tulipanów

Red Tulip

Dni są dłuższe. Słońce na niebie pojawia się prawie codziennie. Wszystko zaczyna się pomału zielenić. I w końcu kwitną kwiaty. A wśród nich te najbardziej wyczekiwane – tulipany. Czy trzeba pisać coś więcej? Wiosna.

W tym roku zdjęć tulipanów będzie naprawdę dużo, bo przede mną wyjazd do najpiękniejszego wiosennego ogrodu – Keukenhof.  Po sezonie stworzę dla nich zapewne oddzielną galerię, gdzie trafią te wybrane, a na bieżąco możecie je obserwować na Instagramie, gdzie serdecznie zapraszam. 

 

 

 

 

 

 


Tulips Time

The days are longer. The sun shines almost every day. The signs of spring arrive in small sprouts of green. And finally…the first flowers bloom. Among them, the most awaited tulips. Do I have to say more? Spring!
I am planning to show you a lot of photos of the tulips this season. I mean really a lot…as I am going to visit the most beautiful spring garden – Keukenhof. I will create a gallery for the best photos after the season. Up to then, you are welcome to visit my Instagram


 

“A tulip doesn’t strive to impress anyone. It doesn’t struggle to be different than a rose. It doesn’t have to. It is different. And there’s room in the garden for every flower. You didn’t have to struggle to make your face different than anyone else’s on earth. It just is. You are unique because you were created that way.” 
― Marianne Williamson

Zimowe inspiracje

Pasta Shells

Czas. Ależ on pędzi. Jeszcze nie tak dawno witaliśmy Nowy Rok, a tymczasem luty już dobiega końca.  Ale o tej porze roku wcale mnie to nie martwi, bo to oznacza, że wiosna jest coraz bliżej. Zanim jednak zacznę cieszyć się kwiatami, staram się szukać inspiracji wokół siebie. Czasem nie jest łatwo, a czasem coś zachwyci i wtedy zaczynają pojawiać się pomysły. Styczeń pod tym względem uważam za udany i to dzięki makaronowym muszelkom. Tak, makaron stał się głównym motywem styczniowych zdjęć i dawno nie miałam takiej frajdy podczas robienia i edycji zdjęć.

Zdjęcia wcale nie są zimowe, jak mógłby sugerować tytuł. Niestety na Mazowszu zima znów nie dopisała, jak przez ostatnich kilka a może już nawet kilkanaście lat. Nie potrafię nazwać nawet tej pory roku, która ją zastąpiła. To chyba taka najgorsza wersja listopada, pochmurna, ciemna i deszczowa z nielicznymi przebłyskami słońca, która trwa i trwa. Umysł i oczy domagają się światła i kolorów. A to zdjęcie przywodzi mi na myśl plażę, usłaną muszelkami skąpanymi w słońcu. 


Pasta Shells Still Life


Winter Inspirations

Time. It passes by so quickly. We have been welcoming the New Year not so long ago, and February is coming to the end. But this time of the year it doesn’t worry me at all, because it means that spring is getting closer. However, before I start to enjoy flowers, I try to look for inspiration around me. Sometimes it is not easy, and sometimes something will delight and then ideas begin to appear. In this regard, I consider January to be successful thanks to pasta shells. Yes, the noodles became the main motif of the January pictures and I have not had such fun during taking and editing photos for a long time.

The title might suggest that photos are wintery. Unfortunately, the winter in Mazovia was not wintery at all, as the last few years. I cannot even name the season that replaced it. This is probably the worst version of November, cloudy, dark and rainy with few flashes of the sun that lasts and lasts. Mind and eyes demand light and colors. And this picture reminds me of the beach, with shells bathed in the sun.

Scroll to top