Wiele lat temu, gdy zajęłam się fotografią, nie było dnia, bym nie wyszła z aparatem z domu. Nie ważne, czy robiłam zdjęcia czy nie, czy były dobre czy złe, a może lepiej powiedzieć, czy podobały mi się czy nie, samo wychodzenie i poszukiwanie było tym, co sprawiało mi ogromną radość. Nawet na swojej stronie lata temu napisałam, że z aparatem przenoszę się do świata, w którym znajduję wytchnienie i odpoczynek od codzienności. W którym czas nie tylko płynie wolniej, ale zatrzymuje się. W którym również ja się zatrzymuję i chłonę wszystkimi zmysłami naturę. I daję sobie możliwość patrzenia i zauważania tego, co staje się niewidzialne, gdy jestem w biegu, zajęta codziennymi sprawami.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że radość gdzieś uleciała. Gdyby stało się to nagle, może miałabym szansę zareagować, coś zrobić. Ale ona znikała po cichu – dzień po dniu, tydzień po tygodniu – aż w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że zmuszam się do wychodzenia i do robienia zdjęć. Że planuję, jakie zdjęcia chcę zrobić i że coraz częściej towarzyszy mi frustracja, jeśli nie wyszły takie, jakie wyjść miały. To zniechęcało mnie jeszcze bardziej i w efekcie tygodniami nie brałam aparatu do ręki. Ale za to kupowałam – nowy obiektyw, nowy filtr. Lista tego, co było mi potrzebne, była nieskończenie długa. Czy nowy zakup cokolwiek zmieniał? Absolutnie nic. Zdarzało się, że użyłam nowego gadżetu raz, a potem zapominałam o jego istnieniu.

Powrót do tego, co tak uwielbiałam, nie jest łatwy, ale robię postępy – małymi kroczkami, tak by do niczego się nie zmuszać. Znów cieszę się samym chodzeniem, obserwowaniem i byciem tu i teraz. Zwracam uwagę na detale, a natura na nowo zaczyna mnie zachwycać. Często mam ze sobą tylko ten aparat, który zawsze mamy pod ręką czyli ten w telefonie. Nieraz wracam bez zdjęć i nie czuję się z tego powodu winna, nie wywieram na siebie presji. Fotografuję tylko to, co szczególnie przykuwa moją uwagę, co rezonuje z czymś we mnie w danej chwili.
Te proste kadry przypominają mi, jak wiele radości daje samo dostrzeganie piękna w naszej codzienności, tuż obok nas. Wystarczy tylko wyjść i pozwolić sobie patrzeć.
I tylko takie podejście do fotografii czyli robienie zdjęć dla siebie, pozwala mi ponownie cieszyć się moją pasją. Gonienie za trendami, podporządkowywanie się algorytmom, zabiło tę radość. I choć nie zamierzam kompletnie zniknąć z sieci, to wiem, że trzeba bardzo się pilnować, by zachować zdrowy balans, by nie dać znów się pochłonąć.
O dziwo, z pomocą przyszedł tryb czarno-biały ekranu telefonu. Android w końcu dopracował tę funkcję i od stycznia mój ekran jest monochromatyczny. Rezultat przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Zrezygnowanie z kolorowych ikonek dało efekt imponujący a czas korzystania z telefonu skrócił się do 1 – 1,5 godziny dziennie. Można powiedzieć, że odzyskałam przynajmniej 3 godziny każdego dnia.
Internet, jaki lubiłam, już dawno odszedł w niebyt. Przy odrobinie wysiłku lub szczęścia można jednak trafić na coś wartościowego. I właśnie takim szczęśliwym zrządzeniem losu znalazłam stronę Paula Sandersa i jego książkę „Still. A Mindful Practice for Photographers”. Z każdą stroną znajduję coraz więcej myśli, które są moimi własnymi, które ktoś za mnie ubrał w słowa, doprecyzował i uporządkował. To książka nie tyle o fotografii, ale o fotografii, która pozwala zwolnić, odetchnąć i być wdzięcznym – za dane nam zdjęcie, za czas spędzony w naturze i ze sobą. Jestem też wdzięczna za tę książkę, bo uświadomiła mi, że to co dzieje się w mojej głowie, dotyka również innych. I że można nauczyć się z tym walczyć a naszym sojusznikiem w tej walce jest nasza pasja – fotografia. Tylko trzeba sobie pozwolić na wolność od oceniania się, porównywania, zadowalania innych.
