„Jakiż to paradoks, że właśnie w momencie, gdy natura zastyga w bezruchu, nasza zachodnia kultura przyspiesza tempo, podbijając i bez tego gorączkowy rytm życia, hałasując na wszelkie sposoby”
— Roshi Sunya Kjolhede
Jesienne liście. Jeszcze niedawno mieniły się kolorami i tańczyły na wietrze. Dziś szczelnym kobiercem okrywają ziemię – pomieszane, zlepione ze sobą, utworzyły kobierzec tekstur i kształtów, a ich stonowane barwy nadal zachwycają.
Mnie samą to zaskakuje, że o tej porze roku jest co podziwiać. Wystarczy iść do lasu, a naszym oczom ukaże się to, co wcześniej skrywały wysokie trawy czy gęste liście. Kiedyś widziałam tylko szarość, która mnie otacza. Dziś, gdy się rozglądam, widzę, że ta jesienna monochromia nie jest wcale taka szara. A gdy spacery stają się codzienną rutyną, zmiany są jeszcze bardziej zaskakujące. Słońce, mgła, deszcz, szron – ileż narzędzi ma przyroda do malowania tego, co przed nami.
A ja, zapisując te obrazy dla siebie, najczęściej korzystam z najprostszego narzędzia jakie mam do dyspozycji czyli aparatu w telefonie. Bez dźwigania, bez zastanawiania się, jakiego obiektywu użyć, skupiona tylko na tym co wokół mnie, wędruję.


Listopad już przeminął, a my wkraczamy w okres szaleństwa, a ja w okres walki :-), aby nie dać się temu szaleństwu pochłonąć. Już od kilku lat idzie mi całkiem dobrze. Jedyną moją słabością, której czasem się poddaję, są lampki. Och, jestem chyba od nich uzależniona. Pamiętam, jak kilka lat temu przeraziłam się ilością baterii, jaka jest mi potrzebna. Wtedy zdecydowałam się na przejście na akumulatorki, inaczej w okresie jesienno-zimowym musiałabym kupić, a potem wyrzucić pewnie z setkę baterii. Ja swoje kupiłam w Ikei i naprawdę jestem z nich zadowolona – właśnie minęły 3 lata i nadal mi służą. Zasilają nie tylko lampki, ale wszystkie piloty, klawiatury, myszkę i inne sprzęty działające na baterie. A ja od 3 lat nie kupiłam ani jednej zwykłej baterii.
I dlatego też staram się nie ulegać wszelkim grudniowym pokusom – żeby nie zaśmiecać sobie mieszkania (potem to wszystko trzeba gdzieś pochować), ale również nie generować dodatkowych śmieci.
I czasem mniej znaczy więcej. Mniej rzeczy to więcej miejsca, mniej sprzątania i więcej czasu na to, co ważne. Poza tym nie zapominajmy o tym, co najważniejsze:
„Ceną zaś rzeczy jest ilość tego, co nazwałbym życiem, które należy za nią wymienić – natychmiast albo w ostatecznym rozrachunku.”
— Henry David Thoreau, „Walden czyli życie w lesie”
Już nie kroczkami, ale wielkimi krokami zbliżamy się do końca roku, a ponieważ to czas prezentów mam dla Was kilka kalendarzy na 2025, które możecie pobrać.
